Kapelan wojskowy - ks. Piotr Sąsiadek

Ks. Piotr Sąsiadek był podczas wojny kapelanem Wojsk Polskich, a po wojnie został proboszczem w parafii Sokola Dąbrowa. Swoje wspomnienia z lat wojny zamieścił jako jeden z rozdziałów w książce pt. "Wspomnienia wojenne księży kapelanów". Tekst tego wspomnienia zamieszczony jest poniżej w całości.

        Wrzesień 1939 r. zastał mnie w Sarnach na Wołyniu, gdzie byłem prefektem szkolnym. Po wkroczeniu wojsk radzieckich przeszedłem do pracy duszpasterskiej w dość licznej wów­czas parafii sarneńskiej. Gdy Niemcy zajęli w 1941 r. te tereny, uczyłem znowu przez jakiś czas w szkołach polskich w powiecie sarneńskim. Już jednak w kwietniu 1942 roku aresztowali mnie Niemcy razem z pięcioma Polakami z Sarn i osadzili w więzieniu w Równem. Zwolniony po dwóch mie­siącach zastałem przez księdza biskupa Adolfa Szelażka z Łucka przeniesiony do Klewania koło Równego na pro­boszcza do parafii liczącej wtedy około trzy tysiące dusz.

        Przeżyłem tam zbrodnie band nacjonalistów ukraińskich, które grasowały szczególnie w pobliskim Derażnem i w powiecie kostopolskim. Klewań był pod tym względem spokoj­niejszy, gdyż od maja 1943 roku aż do stycznia 1944 roku stacjonowały w miasteczku wojska węgierskie. Pilnowały one linii kolejowej w okolicy Równego, niemieckiej stolicy Ukrainy i Reichsgubernatora Ericha Kocha. Węgrzy chyba w myśl przysłowia „Polak - Węgier dwa bratanki” odnosili się bardzo życzliwie do Polaków.

        W każdą niedzielę miałem dla nich Mszę św. z odczytaniem ewangelii po madziarsku. Przychodzili do kościoła z orkiestrą. Wśród miejscowych Ukraińców utarło się powiedzenie, że Węgrzy ta także Polacy, tylko nie umieją po polsku. Po 8 września 1943 roku przyszła wierna Niemcom 18 dywizja Węgierska z Debreczyna, w której połowę stanowili Węgrzy - kalwini. Kiedy pod koniec stycz­nia 1944 roku Niemcy, a z nimi Węgrzy i własowcy, cofali się pod naporem zwycięskich wojsk radzieckich, spora liczba Polaków odpłynęła także na zachód, zawłaszcza spośród i tak już przestraszonych uciekinierów z parafii w Kostopolskim, osiadłych w Klewaniu. 

Przemarsz I Dywizji Wojska Polskiego im. Tadeusza Kościuszki w drugiej połowie kwietna 1944 roku, a z nim przybycie do Klewania ks. ppłk. Wilhelma Kubsza, zastał mnie przy pasieniu dwóch kóz koło kościoła. Uśmiał się z tego ksiądz podpułkownik, ale i ulitował się, że proboszcz jest pasterzem tak wzgardzonego stworzenia. Zaproponował mi kapelaństwo wojskowe. Oświadczyłem, że nie ode mnie to zależy, ale od księdza biskupa w Łucku. Po dwóch dniach przywiózł mi z Łucka pozwolenie na wstąpienie do Wojska Polskiego w charakterze kapelana. Równocześnie do Klewania na moje miejsce przyjechało dwóch starszych wiekiem księży z Łucka. W połowie maja wyjechałem do Sztabu Armii, który znajdował się w Hatiowie koło Kiwerc. 

Rozpoczęła się prawdziwa praca duszpasterska. W oko­lice Kiwerc zaczęły przybywać dywizje 2, 3 i 4, brygady artylerii i wojska pomocnicze. Nie było dnia, abyśmy w którejś z tych formacji nie spowiadali. A naród, zwłaszcza. że lwia część pochodziła ze wschodnich terenów, garnął się do sakramentów świętych. Żołnierze nie chcieli spowiedzi generalnej, prosili o uszną, pojedynczą. Pewnej soboty po południu, przez noc i w niedzielę rano do godz. 9-tej wyspowiadałem sam około 700 chłopców. Władze we wszystkim pracę ułatwiały. Każdej niedzieli odprawiałem trzy msze św. W maju i czerwcu odprawiałem zawsze nabożeństwo wciąż w innej jednostce. Przy końcu czerwca zrobiłem wypad do rodzinnego Zbaraża i do Tarnopola do księdza prałata Wałęgi na werbunek kapelanów. Kilku wstąpiło do wojska.

        Kiedy padł projekt wyjazdu do Riazania na kapelana podchorążówki i Wyższej Szkoły Wojskowej, zgłosiłem się na ochotnika. W dniu 12 lipca 1994 roku wystartowaliśmy wczesnym rankiem z lotniska pod Kołkami do Moskwy. Zakwaterowano nas w CDKA (Centralny Dom Krasnej Armii). Dnia 15 lipca odbyła się w sali kolumnowej (obecnie Dom Związków Zawodowych) wypełnionej po brzegi grunwaldzka akademia urządzona przez Wszechsłowiański Komitet pod przewodnictwem gen. Gundurowa. Przedstawiciele wszystkich narodów słowiańskich, nawet Łużyczan, wygłosili krótkie referaty. Ze strony polskiej przemawiał dr Bolesław Drobner i major Michał Stankiewicz z podchorążówki w Riazaniu. Z nim to odjechałem nazajutrz samochodem na nowe miejsce postoju. Pracy w Riazaniu było także sporo, bo oprócz znacznej pracy duszpasterskiej pomagałem w dokształcaniu podchorążaków z zakresu siedmiu klas. W kronikach miedzy Moskwą, a Riazaniem przygotowałem w ciągu kilku dni do pierwszej spowiedzi i Komunii św. prawie pięćdziesięciu żołnierzy Polaków.

Kiedy front przesunął się na zachód pod Warszawę, żołnie­rze zgłaszali się licznie do mnie pragnąc przystąpić do spowiedzi i Komunii św. Także rozproszeni w tamtych stronach Polacy. Gdy dowództwo nad Wojskiem Polskim objął marszałek Rola-Żymierski, zawezwano mnie dnia 31 sierpnia 1944 roku do Moskwy, do Biura Związku Patriotów Polskich, mieszczącego się przy ul. Pusicznej. Poleciałem samolotem. Tam zaproponowano mi stanowisko dziekana I Armii. Z Moskwy przylecieliśmy znowu samolotem do Lublina na lotnisko w Dysie, a potem do Sztabu Armii w Rąbkowie koło Garwolina. Po kilku dniach Sztab przeniósł się do Sulejówka bliżej Pragi. Do obsługi duszpasterskiej w I Armii miałem już wtedy 14 kapelanów, tak że tylko w niektórych jednostkach musiałem sam zastępować brakującego księdza kapelana. No i znowu spowiedzi moc, bo wtedy stało się już na froncie, na Pradze i w okolicy.

Pewnego razu uczyniliśmy wypad na Pragę, na ulicę Zygmuntowską koło prawosławnej katedry, który to wypad nieomal nie przepłaciliśmy życiem. Szaleństwem było puszczać się samochodem w biały dzień w teren tak niebezpieczny, zaledwie kilka metrów od Wisły, gdy naprzeciw za rzeką czyhali Niemcy. Ale to nasz szofer, kapral Goc, zapragnął odwiedzić żonę i rodzinę, mieszkającą na Pradze nad sami Wisła, po kilku latach nieobecni w domu. Skończyło się na wielkim strachu, chociaż pociski padały naokoło nas.

        Przy końcu października 1944 roku wyłoniła się znowu sprawa obsadzenia stanowiska kapelana w Szkole Oficerskiej w Riazaniu. Żaden z księży kapelanów nie miał ochoty tam jechać. Jesteśmy na terenie Polski wśród swoich, wojna się kończy, nie wiadomo, co będzie dalej, po co jechać tak daleko - padały zewsząd wymówki. Zgłosiłem się znowu na ochotnika. Dziwili mi się, że będąc dziekanem i wówczas już majorem, porzucam tak łatwe stanowisko i jadę tak daleko. Jechałem jednak chętnie. Wracałem przecież do swoich, do starych znajomych. Zaopatrzyłem się tylko w Aninie u SS. Felicjanek w półtora tysiąca opłatków i inne potrzebne do pracy duszpasterskiej przedmioty i byłem gotów. Wystartowałem po Wszystkich Świętych z wojskowymi radzieckimi z lotniska pod Lublinem do Moskwy. U nas była zimna jesień bez śniegu. Tam śnieg po pas, mróz i kurzawa. W naszej moskiewskiej ambasadzie na Spirydonówce przyjęto mnie bardzo serdecznie. Szczególnie zaopiekował się mną major Korzeń, wówczas attache wojskowy. Zakwaterował w hotelu „Moskwa”, ułatwił przejazd samochodem z ambasady na stację kolejową odległą o 15 km. Pociągiem przybyłem do Riazania.  

Tam uciechy było co niemiara. Starzy znajomi z poprzedniego okresu, wita­li się ze mną serdecznie, ale już najwięcej cieszyli się żołnierze z Tarnopolskiego i Wołynia, że przyjechał „nasz ksiądz”. Tych ostatnich było tam kilka setek. Na wspomnienie zasługuje również tamtejsza rosyjska ludność cywilna, ich wylewna gościnność i serdeczność iście słowiańska, z którą stykałem się w samym Riazaniu i w dalszej okolicy, dokąd wyjeżdżałem do porozrzucanych naszych oddziałów. Czym mogli, tym gościli, a rozmowom nie było końca. Wigilii Bożego Narodzenia 1944 roku nigdy nie zapomnę. Wszystkich naszych w Riazaniu było do trzech tysięcy, wigilię więc urządziliśmy „,na raty" w wielkich wojskowych jadalniach. Najpierw odbyła się wigilia połączona z dzieleniem się opłatkiem w Wyższej Szkole Wojskowej. Zgromadzili się wszyscy słuchacze i ich rodziny, a także liczna kolonia żydowska, licząca ponad 200 osób. Przy opłatku wspomniałem, że my tu obchodzimy spokojnie święto radości, ale tam trwa jeszcze front. Niemcy jeszcze gnębią i mordują ludzi w większej części Polski, a co dzieje się w obozach w Oświęcimiu, w Dachau, w licznych gettach ? Nastąpił jeden wielki płacz. 

        Po mnie przemówił gen. bryg. Martanus, komendant Wyższej Szkoły Wojskowej, rodem z Wilna, i jeszcze dwóch oficerów. Następnie odbyła się wigilia w podchorążówce w kilku partiach. Znowu przemawiałem, dzieliłem się opłatkiem, znowu brzmiały gromko polskie kolędy. Przed północą Pasterka w Wyższej Szkole Wojskowej. O północy w podchorążówce. Dodaję, że jedna i druga szkoła miała swoje orkiestry, które zawsze w czasie nabożeństw przygrywały, w lecie na polu, w zimie w salach.

W styczniu 1945 roku szkoły zaczęły odjeżdżać do Polski. Wyższa Szkoła Wojskowa do Rembertowa, podchorążówka do Krakowa, na Bronowice. Wyjechałem z podchorążówką szóstym i ostatnim pociągiem 2 lutego przez Woroneż, Kijów, Tarnopol, Lwów do Krakowa, gdzie stanęliśmy dopiero 4 marca. Długo, niewygodnie, z przygodami, ale wesoło. Był czas poznać ludzi, nagadać się do woli.

W Riazaniu Szkoła Podchorążych obejmowała wszystkie rodzaje broni (piechota. kawaleria. saperzy, kwatermistrzostwo). Czołgiści i lotnicy uczyli się bliżej Moskwy. W Krakowie nastąpiło rozformowanie. Pozostała tam tylko podchorążówka piechoty. Inne rodzaje broni rozpłynęły się po kraju. W Krakowie przed Wielkanocą urządziłem spowiedź garnizonu i podchorążówki w kościele 00. Karmelitów na Piasku. Blisko 40 księży z różnych zakonów przez 3 dni spowiadało. Moim kapelanem pomocniczym był ks. kpt. Marek Pociecha, bernardyn, znany dziś misjonarz ludowy.

W dniu 15 lipca 1945 roku dwa bataliony podchorążówki piechoty z Krakowa miały promocję na podporuczników na polach Grunwaldu. Pierwsza tam na pewno w historii Wojska Polskiego tego rodzaju uroczystość. W nabożeństwie uczestniczyli Bolesław Bierut marszałek Rola-Żymierski i kilku generałów Armii Radzieckiej. W Krakowie poświęcałem sztandar, ofiarowany przez społeczeństwo Krakowa dla Szkoły Podchorążych. Dowiedziałem się przypadkowo, że wielu byłych moich parafian z Klewania przebywa w Skwierzynie i w okolicy. Mając urlop w sierpniu odwiedziłem ich. Miejscowe władze powiatowe ze starostą Mikołajczakiem na czele zaczęły mnie molestować, ażebym przeniósł się do Skwierzyny, gdzie był wtedy silny garnizon, trzy pełne jednostki. Chodziło im m.in. i o to, ażebym zajął się zorganizowaniem gimnazjum w Skwierzynie.

Kraków znałem od dawna. Księży było tam wielu. W niedziele księża dobijali się po prostu, ażeby w odpowiedniej dla siebie godzinie odprawić u karmelitów mszę św. dla szkół, no i dla wojska oraz wygłosić egzortę. Nie przywykłem do bezczynności. Zacząłem starać się o przeniesienie. Do­piero na początku grudnia 1945 roku dostałem nominację na kapelana garnizonu w Skwierzynie i Międzyrzeczu przy 5 Dywizji Piechoty. W Skwierzynie obok pracy w wojsku powierzona mi również nauczanie religii we wszystkich szkołach. Uczyłem również historii i łaciny na kursach dla wojskowych oficerów razem 38 godzin tygodniowo.

Ciągnąłem tak do końca roku szkolnego 1945/46. W Kurii Administracji Apostolskiej w Gorzowie Wlkp., gdzie wtedy ordynariuszem był ksiądz Edmund Nowicki, dzisiejszy biskup gdański, zaczęto mnie namawiać, ażebym przeszedł do pracy w diecezji. Poddałem się naleganiom. Żegnany ze łzami w oczach przez ks. płk. Warchałowskiego, ówczesnego generalnego dziekana WP, opuściłem szeregi Wojska Polskiego w dniu 22 sierpnia 1946 roku.

Nazajutrz zostałem inkardynowany do diecezji gorzowskiej. Już wcześniej upatrzyłem sobie niewielką wiejską parafię Sokolą Dąbrówkę, powiat Międzyrzecz, woj. zielonogórskie, gdzie do dnia dzisiejszego pracuję jako jej proboszcz. Nieraz jednak wspominam z rozrzewnieniem owe lata zmagań i walki, ofiar i poświęceń, ową straszliwą daninę krwi i życia, jaką poniósł żołnierz polski, abyśmy magli dzisiaj spokojnie żyć i pracować na odwiecznie polskich Ziemiach Zachodnich. A że mogłem być uczestnikiem owych wielkich chwil w życiu naszego Narodu, ta stanowi dzisiaj moją dumę. Jak kiedyś na froncie służyłem polskiemu żołnierzowi, zachęcając go do czynów bohaterskich na rzecz naszej Ojczyzny, tak dzisiaj z tą samą gorliwością zachęcam moich parafian do wydatnej pracy, do wzajemnej zgody i do miłości naszego rodzinnego kraju.   

                         na podstawie książki "Wspomnienia wojenne księży kapelanów 1939-1945", ks. Piotr Sąsiadek.